Stokke – wrażenia

Używam, a właściwie Agata używa Stokke już dwa miesiące, więc wiemy już na jego temat nieco więcej niż przy zakupie. Nie ukrywam, że poziom zachwytu znacznie mi się zmniejszył, ale jednak mój entuzjazm nie zniknął całkowicie, więc najgorzej nie jest. Ale po kolei.

Plusy.
Niewątpliwie zaliczyć można do nich niecodzienny look, który odróżnia pojazd Agatki od wszystkich innych spotykanych w różnych miejscach wózków. Fajna jest możliwość szybkiej i łatwiej konfiguracji elementów, zmiany gondoli i maxi cosi, zakładania pomysłowych adapterów, montażu uchwytu na kubek (z resztą już sama obecność tego uchwytu jest wielką zaletą, bo chodzenie godzinami z wózkiem bez kawy w termokubku i audiobuka w uszach byłoby „nieco” nużącym zajęciem). Super sprawą jest możliwość regulacji wysokości montażu gondoli i innych elementów – dziecko może być bardzo wysoko, np. przy stole, kiedy nie chce mi się schylać – i bardzo nisko, np. w czasie jazdy po wertepach, kiedy lepiej prowadzi się wózek, kiedy jest niżej dociążony. Kolejnym atutem, już ze sfery ściśle użytkowej, jest fantastyczna zwrotność i lekkość prowadzenia Stokka…po płaskim i równym terenie. I tutaj zaczynają się schody, dosłownie i w przenośni – zatem przechodzę do wad, których niestety trochę jest.

Minusy.
On NAPRAWDĘ nie ma amortyzacji. Całe szczęście że Agata lubi kiedy trzęsie nią tak, że wydaje nam się, że głowa odpadnie jej na kolejnym wyboju. Śpi wtedy w najspokojniej a ja jestem jej za to bardzo wdzięczna, bo gdyby nie takie jej upodobanie, cudowny Stokke nadawałby się na złom. Wyobraźcie sobie spacerek po oblodzonych nierówno wałach Rudawy czymś, co nie ma resorowania… Kolejnym minusem są przednie kółka które na nierównym terenie raczej przeszkadzają niż pomagają w jeździe. Przy większych wybojach potrafią ustawić się bokiem do kierunku jazdy skutecznie ograniczając jej płynność. No i składanie Stokka – jak dla mnie jest kompletną porażką, bo trzeba się go naprawdę nauczyć i wyczuć wichajster który je odblokowuje. Na początku szlag mnie trafiał i zdarzyło mi się kilka razy wrzucić niezłożony wózek do auta po wcześniejszym złożeniu tylnych siedzeń. Cóż, ten element zdecydowanie nie udał się konstruktorom. Jest jeszcze mały mankament – złożony wózek nie zawsze blokuje się na płasko, więc czasem po podniesieniu ubłocone kółka lądują na moich łydkach, skutecznie dekorując je pięknym wzorem uniemożliwiającym wyjście do ludzi bez uprzedniego przebrania (co w przypadku życia z dwumiesięcznym dzieckiem bywa dość skomplikowanym procesem).

Podsumowanie.
Pomimo kilku sporych wad chyba kupiłabym go jeszcze raz, bo mi się podoba. Wolę się z nim pomęczyć w niektórych momentach, ale przyjemnie mi się z nim spaceruje, bo jest ładny. No i jednak ma parę naprawdę mocnych atutów ;-) poza tym nie znaleźliśmy przecież wózka idealnego, każdy ma jakieś minusy – trzeba wybrać najmniej dla siebie uciążliwe. W stokke Agacie jest wygodnie, ja mam swój uchwyt na kubek z kawą, Marcin nie musi się schylać, bo gondola i fotelik mogą być naprawdę wysoko, więc wszyscy są zadowoleni.

Tags:

dzieciodizajn
. You can follow any responses to this entry through the RSS 2.0 feed. Both comments and pings are currently closed.

3 Responses to “Stokke – wrażenia”

  1. Bianka Says:

    Czyli jednak … wygląd górą ;-)

  2. Marta Says:

    Czy jeśli chodzi o facetów obowiązuje ta sama zasada ? :)

  3. Ola Wołczyk Says:

    u facetów jedank wazna jest amortyzacja ;-)